Reklama

Niedziela Lubelska

Ich los dla nas przestrogą

Pan Bóg nas tak prowadził, że wszyscy przeżyliśmy wojnę – powiedział ks. prał. Władysław Kowalik.

Niedziela lubelska 30/2025, str. IV

[ TEMATY ]

Lublin

Archiwum ks. W. Kowalika

Ks. prał. Władysław Kowalik podkreśla, że pamięć o przeszłości pozwala budować przyszłość

Ks. prał. Władysław Kowalik podkreśla, że pamięć o przeszłości pozwala  budować przyszłość

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Sędziwy kapłan, 86-letni ks. Władysław Kowalik, jest jednym z ostatnich żyjących świadków Majdanka. Jako 5-letnie dziecko trafił do niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady w ramach pacyfikacji Zamojszczyzny.

Łukowa

Reklama

Urodziłem się 27 października 1938 r. w Łukowej k. Biłgoraja. Wraz z dwiema siostrami i bratem wychowałem się w rolniczej, katolickiej rodzinie. Kiedy wybuchła II wojna światowa, byłem jeszcze bardzo mały, ale z najmłodszych lat pamiętam strach przed Niemcami. Nie wiedziałem, co dzieje się wokół, że toczą się walki z okupantem, że nieopodal nas działają liczne grupy partyzanckie, ale wiedziałem, że wszyscy się boją. Tuż przed pacyfikacją naszej wsi, co już dobrze pamiętam, starsza ode mnie o rok siostra złamała nogę. Gdy przyszedł dzień 3 lipca 1943 r., Niemcy okrążyli naszą niemałą, bo ciągnącą się przez 6 km, wioskę. Wygonili ludzi z domów, pozwalając im zabrać niewielkie węzełki na drogę i spędzili wszystkich pod kościół. Mama zabrała woreczek z kaszą gryczaną, a ojciec zapakował siostrę na mały, dwukołowy wózek od sąsiada, bo miała nogę w łubkach i nie mogła chodzić. Rodzice i nasza czwórka: 16-letnia i 6-letnia siostry oraz 11-letni brat i ja poszliśmy, jak wszyscy, na miejsce zbiórki. Wiedzieliśmy, że nas wywiozą, ale nikt nie wiedział, co go czeka. Przed kościołem zobaczyłem po raz pierwszy w życiu samochody ciężarowe. Pakowano nas na nie rodzinami. Mama usiadła z boku, trzymając na kolanach siostrę. Ja w pierwszej chwili ucieszyłem się, że będę jechał samochodem. Miałem tylko 5 lat. Jednak po chwili, gdy wokół wszyscy płakali, ta dziecięca radość zamieniła się w trwogę.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Majdanek

Niemiecka ciężarówka zawiozła nas na Majdanek. Ostatni etap pokonaliśmy pieszo. Rodzice przynieśli na rękach siostrę, by nie opóźniała marszu; pozostanie w tyle groziło srogim pobiciem przez poganiających nas Niemców. W tym transportowaniu chorej dziewczynki solidarnie pomagali sąsiedzi, z którymi dzieliliśmy nieznany los. Z wejścia do obozu pamiętam doskonale prysznic. Osobno przez niego przeszły kobiety i dzieci, osobno mężczyźni. Rozebrani, szliśmy pod spadającą na nas na przemian lodowatą i gorącą wodą, a właściwie biegliśmy, bo każdy chciał jak najszybciej się wydostać spod tego prysznica. Wciąż mam w uszach pisk i krzyk, który towarzyszył tej kąpieli. Następnie Niemcy zagonili nas na pole numer 5. Przez miesiąc, do 27 lipca, wraz z mnóstwem osób mieszkaliśmy w jednym z baraków. Ojciec codziennie wychodził do przymusowej pracy, a ja spędzałem czas przed barakami. Doskonale pamiętam piętrowe łóżka, które wypełniały jego wnętrze. Spałem z ojcem na drugim piętrze. Przy wejściu do baraku stała beczka na nieczystości; ojciec w nocy wiele razy mnie prowadził do niej, bo z powodu głodu i paskudnego jedzenia często bolał mnie brzuch. Dziś myślę sobie, że dla ojca było to dodatkowe utrudzenie, bo przecież całymi dniami ciężko pracował, a jeszcze nocą opiekował się mną.

Reklama

Codziennie rano dostawaliśmy czarną kawę i kawałek chleba, w południe zupę ugotowaną na plewach albo na chwastach. Plułem nimi, bo nie dało się tego jeść. Pamiętam, jak pewnego razu mama powiedziała mi, żebym podszedł do więźniów wydających posiłki i poprosił o chleb. Wyszedłem więc z masy ludzi siedzących na placu, podszedłem do kuchni polowej i składając rączki powiedziałem: „Dajcie mi jeść, dajcie mi chleba”. To musieli być dobrzy ludzie, bo poczęstowali mnie kromką chleba, taką przylepką. Mama podzieliła ten kawałek pomiędzy dzieci i powiedziała: „Powoli jedzcie, żeby wystarczyło wam na dłużej”. Z obozu pamiętam jeszcze jedną sytuację. Była tam kobieta, która po stracie dziecka dostała pomieszania zmysłów. Biegała rozczochrana po placu, z obłędem w oczach, krzyczała i łapała różne dzieci, szukając swojego. Mama później powiedziała, że Niemcy przy niej roztrzaskali główkę dziecka o ścianę. Po latach zrozumiałem, że rodzice w całym dramacie przeżywanej wojny musieli nas, dzieci, dobrze pilnować, żebyśmy się nie zgubili w wielotysięcznym tłumie Majdanka, żeby nic się nam nie stało. I Pan Bóg tak prowadził, że wszyscy przeżyliśmy wojnę i wróciliśmy do rodzinnego domu.

Niemcy

Reklama

Pod koniec lipca, po niespełna miesiącu na Majdanku, nasza rodzina została wysłana do Niemiec na przymusowe roboty. Zapakowano nas do bydlęcych wagonów i po dwóch dniach podróży dotarliśmy na miejsce. Pierwszy gospodarz, który był strasznym tyranem, zmuszał do ciężkiej pracy przy oporządzaniu zwierząt nawet mojego 11-letniego brata. Rodzice wychodzili rano w pole i wracali późnym wieczorem. Pamiętam z tego czasu, że wraz z siostrą musieliśmy szybko nauczyć się gotować ziemniaki. Godzinna przerwa na obiad nie wystarczała na przyjście rodziców do mieszkania, ugotowanie i spożycie posiłku oraz powrót w pole. Mama prosiła więc, żebyśmy z siostrą o określonej porze obierali i gotowali ziemniaki. Początki były trudne, bo najpierw obieraliśmy ziemniaki i kolejno dorzucali je do gotującej się wody, więc jedne były rozgotowane, inne zupełnie surowe. A mama cierpliwie nam tłumaczyła, jak je przygotować. Pół roku później, w styczniu 1944 r., zostaliśmy przeniesieni do innego gospodarstwa. Zajmowała się nim Niemka, której mąż był na froncie. Pamiętam, że była nam bardziej życzliwa, niż pierwszy gospodarz, chociaż na początku bardzo się jej bałem. Gdy starsi wychodzili do pracy, ja większość czasu spędzałem z siostrą w domu lub na podwórku. Nieopodal było przedszkole, do którego mogły chodzić polskie dzieci. Jednak mama nie pozwalała nam tam się bawić; powtarzała, że „Niemiec nie będzie germanizował jej dzieci”.

Łukowa

Reklama

Po wyzwoleniu wszyscy wróciliśmy w rodzinne strony. W niemieckim gospodarstwie był wóz, którym podróżowaliśmy przez miesiąc. Ojciec znalazł chorego konia z frontu, z odparzonym bokiem, którego wyleczył. Gdy tylko koń nadawał się do jazdy, ojciec popodkładał pod uprząż poduszeczki, żeby nie drażnić chorych miejsc i ruszyliśmy do domu. Pamiętam, że po drodze żołnierze często zatrzymywali nas do reperowania mostów i innych prac. Na noclegi robiliśmy postoje w opuszczonych gospodarstwach. Z jednego bardzo szybko uciekliśmy. Gdy już położyliśmy się do snu, usłyszeliśmy tupot na strychu. Nie wiedząc, kto tam jest, ojciec zarządził natychmiastowy wyjazd. Czasem zastanawiam się, czy to my baliśmy się kogoś ukrywającego się w tym domu, czy to on bardziej zląkł się niespodziewanych przybyszów. Ostatecznie do Łukowej przyjechaliśmy w połowie czerwca, na Zielone Świątki. Ku wielkiej radości nasz dom przetrwał wojnę; Niemcy po pacyfikacji nie spalili wioski, jak to zrobili z innymi miejscowościami. Gospodarstwa, podczas naszej nieobecności, doglądała dalsza rodzina, która uniknęła wywózki. Mogliśmy wrócić do normalnego życia. Ojciec miał już konia, do tego kupił krowę za pieniądze uzyskane ze sprzedaży przywiezionego z Niemiec roweru. Z tym też wiąże się ciekawa historia; rower przetrwał podróż tylko dlatego, że był rozebrany na części i poukrywany w bagażach. Starszy brat wracał z wojny swoim rowerem, ale najpierw rosyjscy żołnierze podmienili mu na gorszy, a ostatecznie zarekwirowali na potrzeby armii.

Post scriptum

Z czasów Majdanka i wywózki nie pamiętam wszystkiego, przecież byłem małym dzieckiem. Dziś żałuję, że po wojnie nie rozmawiało się z rodzicami na te tematy. Utkwiło mi w pamięci jedno zdarzenie. Pewnego razu mama robiła porządki na strychu i znalazła w starych walizkach nasze dokumenty z czasu wywózki i przymusowej pracy. Wszystko zniszczyła, powtarzając, że nie chce mieć z tym nic wspólnego. Kartę pobytu w Niemczech zachowała moja najstarsza siostra, dzięki czemu mogliśmy później udokumentować nasze losy. Z siostrą Marią wiąże się historia pięknej miłości. W czasie przymusowych robót poznała chłopaka wywiezionego z okolic Olsztyna. Ich przyjaźń i miłość, zrodzona w niewoli, przetrwała wojnę; w 1947 r. pobrali się w Łukowej i zamieszkali w rodzinnych stronach Franciszka.

Pan Bóg prowadzi człowieka różnymi drogami. W naszej rodzinie, mimo dramatycznych przeżyć, nigdy nie było jakichś pretensji do Boga czy bluźnierstwa. Zawsze towarzyszył nam duch pobożności, takiego zawierzenia. Moja mama była bardzo pobożną osobą, nauczyła nas codziennej modlitwy i ufności. Jako dziecko często chodziłem z nią do kościoła, mama siadała na krzesełku przy wejściu na ambonę, a ja obok, na schodkach. W sercu zawsze noszę jej słowa, wypowiedziane na początku mojej kapłańskiej drogi: „Wolałabym cię zobaczyć w trumnie, niż gdybyś rzucił kapłaństwo”. Wiem, że to także dzięki jej postawie i modlitwie nigdy nie żałowałem, że 63 lata temu zostałem księdzem.

2025-07-22 11:28

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Świadectwo wiary

Niedziela lubelska 48/2023, str. V

[ TEMATY ]

Lublin

Tomasz Koryszko/KUL

Pamiątkowe zdjęcie jubilatów

Pamiątkowe zdjęcie jubilatów

Dziękujemy Bogu za dar kapłaństwa i zapewniamy o naszej gotowości do dalszej służby w Kościele – powiedział ks. prof. Mirosław Sitarz.

Na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II spotkali się kapłani, którzy przyjęli święcenia prezbiteratu 35 lat temu. Jak wspomina ks. prof. Mirosław Sitarz, prorektor KUL i jeden z jubilatów, jesienią 1983 r. aż 83 młodych mężczyzn rozpoczęło formację w seminarium duchownym i studia na Wydziale Teologii KUL. 5 lat później ponad 60 z nich zostało kapłanami. – To był najliczniejszy rok w ponad trzystuletniej historii lubelskiego seminarium – stwierdził ks. Sitarz. Na jubileuszowe spotkanie przyjechało ponad 30 kapłanów z archidiecezji lubelskiej, diecezji zamojsko-lubaczowskiej, sandomierskiej i koszalińsko-kołobrzeskiej oraz z Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego i zakonu Ojców Kapucynów. Kapłani pracujący w różnych stronach świata, w tym na Alasce, w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Szwajcarii, Austrii i Italii, duchowo połączyli się z kolegami z roku podczas dziękczynnej Mszy św.
CZYTAJ DALEJ

Watykan przestrzega biskupów z terenów misyjnych przed eksperymentowaniem z liturgią

2026-09-09 10:30

[ TEMATY ]

Watykan

liturgia

Karol Porwich/Niedziela

„Nie każda innowacja jest odwagą” - przestrzegł 49 nowo mianowanych biskupów z terenów misyjnych bp Aurelio García Macías, podsekretarz Dykasterii ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Zaapelował o powstrzymanie eksperymentów liturgicznych, synkretyzmu i folkloryzacji kultu. „Nie wolno nam zamieniać liturgii w muzeum niezmiennych form, ale też w nieustanne laboratorium” - powiedział podczas kursu formacyjnego w Rzymie.

Bp García wskazał, że szczególnej ostrożności wymaga inkulturacja liturgii w Kościołach misyjnych. Nie można jej sprowadzać do mechanicznego dodawania do celebracji lokalnych pieśni, tańców czy instrumentów. „Żadna kultura nie jest Ewangelią” - podkreślił. Kultura zawiera zarówno „ziarna Słowa”, jak i „rany grzechu”, dlatego musi zostać poddana ewangelicznemu rozeznaniu.
CZYTAJ DALEJ

Wiarygodna Edukacja

2026-09-10 17:42

Archiwum „Wiarygodnej Edukacji”

Szkoła nie może być tylko miejscem zdobywania wiedzy, ale także odkrywania sensu życia.

Szkoła nie może być tylko miejscem zdobywania wiedzy, ale także odkrywania sensu życia.

Rodziców, nauczycieli, pedagogów i wszystkie osoby, którym bliskie są sprawy młodych ludzi zapraszamy do zapoznania się z wyjątkowym projektem „Wiarygodna Edukacja”.

To przestrzeń rozmowy o współczesnej szkole i młodym pokoleniu. Na stronie internetowej www.wiarygodnaedukacja.pl znajdziemy ciekawe podcasty, artykuły i badania naukowe. Podcastów można także słuchać na platformie YouTube i Spotify. – „Wiarygodna Edukacja” nie powstała z potrzeby komentowania kolejnych reform czy programów nauczania. Powstała z przekonania, że edukacja jest jednym z najważniejszych doświadczeń ludzkiego życia i warto o niej rozmawiać – mówi ks. Jerzy Babiak, twórca projektu, salezjanin, pedagog, nauczyciel i wieloletni dyrektor zespołu szkół i liceum salezjańskiego. – Chciałem stworzyć miejsce do namysłu nad tym, czym jest szkoła w XXI wieku, jakie wyzwania przed nią stoją. „Wiarygodna Edukacja” nie szuka prostych recept. Tworzy przestrzeń rozmowy pomagającej lepiej zrozumieć złożoność współczesnej edukacji. Nie jest też żadnym manifestem ani powiedzeniem, że jakiś jeden rodzaj edukacji jest najlepszy czy słuszny. Współczesny świat tak szybko się rozwija i zmienia, że nie jesteśmy w stanie za nim nadążyć. Stąd misja tego projektu, byśmy w tym skomplikowanym, rozpędzonym, nieprzewidywalnym świecie mimo wszystko szukali, gdzie jest ta „wiarygodna” edukacja i jak pomóc młodemu pokoleniu – dodaje ks. Babiak.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję