Światowy Dzień Ubogich w tym roku przypada 16 listopada. Okazją do refleksji i spotkania z ludźmi dotkniętymi „biedą” było przygotowane przez wolontariuszy z Fundacji Świętego Barnaby ognisko. Zgromadziło ono, w gościnnych progach parafii św. Józefa w Częstochowie, grupę osób, które podczas wspólnych śpiewów i poczęstunku wspominały sierpniową 30. Pielgrzymkę Świata Osób Słabych.
Właściwe spojrzenie
Czy każdy z nas jest słaby? Pewnie wielu z nas jeszcze nie zadało sobie tego pytania, a może nawet nie dopuszcza go do swojej świadomości. Często próbujemy udawać przed innymi silnych lub demonstrować nieprawdziwy obraz swojej osobowości. Jednak tylko wtedy stajemy się naprawdę silni, kiedy przyznamy się do naszych słabości – uznamy je w pokorze. Pokora to jest nie tyle użalanie się nad sobą, ile spojrzenie na siebie takim, jaki jestem. Wówczas możemy zobaczyć siebie we właściwych proporcjach i to, od czego jesteśmy zależni.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Dzisiaj ludzie coraz częściej oddalają się od siebie, a sprzyja temu wiele udogodnień technologicznych. Wydaje nam się, że jesteśmy pozbawieni presji, i nie chcemy dostrzegać słabości. Ale jest to trochę jak przywdziewanie maski i naginanie rzeczywistości, bo kiedy zmierzymy się z prawdą o nas samych, o tym, co nas niepokoi, okazuje się, jacy jesteśmy naprawdę. Nie trzeba się bać słabości, w końcu stanowi ona naturalną cechę każdego człowieka. Ci, którzy się tego bardzo boją, uciekają przed prawdą – a wcale tak czynić nie trzeba.
„Bieda”
Wielokrotnie o potrzebie spotykania się z osobami „ubogimi” mówił klerykom były rektor Wyższego Międzydiecezjalnego Seminarium Duchownego w Częstochowie, dziś metropolita katowicki abp Andrzej Przybylski, który zawsze był blisko tej najsłabszej warstwy społecznej.
Nie przebijają się też wyraźnie głosy, że obcowanie z szeroko rozumianą „biedą” jest bardzo potrzebne, aby uczyć się wrażliwości i spojrzenia na życie. Spojrzenia na egzystencję taką, jaką ona jest – bez patrzenia przez różowe okulary, bo to pozwala zobaczyć drugiego człowieka i świat w całej okazałości, a nie tylko przez pryzmat mediów społecznościowych, informacji podawanych w mainstreamie, w którym często jest wszystko retuszowane, modyfikowane i przepuszczane przez filtry polityczne czy ideologiczne.
Reklama
Nie zawsze chcemy patrzeć na ludzi ubogich, bo przypominają nam naszą „biedę”, którą nosimy i której nie chcemy zobaczyć. Pan Jezus mówi: „Oczyść wpierw wnętrze kubka, żeby i zewnętrzna jego strona stała się czysta” (Mt 23, 26), a my właśnie często jesteśmy ubodzy w środku i nie mamy łaski. Jesteśmy nieszczęśliwi. Żyjąc w coraz bardziej nowoczesnym społeczeństwie, w którym mamy wszystko dostępne na wyciągniecie ręki, posiadamy różne dobra, nie jesteśmy skorzy do spoglądania w stronę ludzi często prostych, a czasami też nieokrzesanych. Ale wszyscy ci ludzie mają duże pragnienie Pana Boga i są tak jak my dziećmi Bożymi. Ludzie „ubodzy” potrafią się bawić, śmiać i żyć pomimo trudności, które niosą – często samotnie. Doskonale wiedzą to wolontariusze z Fundacji Świętego Barnaby w Częstochowie, którzy pomogli w zorganizowaniu wspomnianego spotkania.
Przeżyć biedę
Pani Teresa od dziesięciu lat jest związana z fundacją. – Jako osoba samotna zachodziłam często do „Barnaby” i tak zostałam zaproszona po raz pierwszy na Wigilię dla podopiecznych fundacji. Wówczas też zgłosiłam się do pomocy – wspomina. Seniorka doświadczyła wiele bólu i trudnych sytuacji w swoim życiu. Przemoc w małżeństwie doprowadziła do rozwodu i w 32. roku swojego życia samodzielnie wychowywała dwójkę dzieci. Wówczas p. Teresa nie szukała wsparcia, bo jak sama przyznaje, „nie lubi prosić o pomoc”. – Nie umiem, bo po prostu wydaje mi się wówczas, że jestem nieporadna, taka nieudolna – zwierza się. Kiedy jej dzieci rozpoczęły już swoje dorosłe życie, pojawiły się kolejne problemy. Choroba uniemożliwiła kobiecie kontynuowanie pracy zawodowej, a kolejne przedsięwzięte przez nią działania doprowadziły do trzykrotnej licytacji jej mieszkania. To w tamtym czasie, gdy mieszkała na siódmym pietrze, nie raz stała na balkonie z myślą o zakończeniu doczesnej wędrówki. Znalazła się na rozdrożu, a sytuacja poturbowała ją dodatkowo bezradnością. Przy życiu trzymała ją myśl o dzieciach. Dziś problemy już przycichły i seniorka cieszy się z możliwości opieki nad prawnukami. Często można ją spotkać w Fundacji Świętego Barnaby, która w trudnej sytuacji „podała jej rękę”. Własne przeżycia wzmocniły w niej z kolei jej chęć niesienia pomocy innym.
Reklama
Kamila Szczepanik – jedna z tych wspomnianych nieokrzesanych – potrafi przyciągnąć niejeden problem. – Jestem inna, zmieniam się pomału. Chcę zmienić swoje życie na lepsze – przyznaje bez namysłu. Kamila zdołała już wydostać się z sideł alkoholizmu. Jak sama wspomina, „nie chodziła na spotkania anonimowych alkoholików, tylko zwróciła się bezpośrednio do Jezusa”. – Położyłam wódkę przed ołtarzem i powiedziałam: „Boże, pomóż”. Napiłam się wódki, zaczęłam wymiotować i tak Bóg zabronił mi pić – zwierza się. Dziś, po wielu nieudanych związkach, których owocem jest dwóch synów, marzy o mężczyźnie, z którym przeżyje drugą połowę życia.
Wrażliwość
Dorota Alli-Balogun, lekarz rodzinny, dobrze wie, jak smakuje złamane człowieczeństwo. Poza swoją pracą zawodową wspiera zdrowie bezdomnych i nieporadnych życiowo jako wolontariusz. – Owszem, mam wykształcenie medyczne, ale jestem też człowiekiem i chcę być przy drugim człowieku, który nie widzi ratunku dla siebie i nie potrafi samodzielnie wyjść z sytuacji kryzysowej – wyjaśnia. Dorota znajduje również czas, by uczestniczyć w spotkaniach kręgu biblijnego, które regularnie odbywają się w Fundacji Świętego Barnaby. – Rozważamy tu słowo Boże, a w efekcie mamy swego rodzaju terapię duchową. Ludzie otwierają się podczas tych spotkań i opowiadają wszystko, co mają ukryte w sercu. Wychodzą wówczas wszystkie trudności i bolączki, o których rozmawiamy, i dzielimy się tym, czym możemy – zaznacza medyczka. Dorota nie wie, kiedy urodziła się w niej wrażliwość na drugiego człowieka: – Może to uzdrowienie, które sama znalazłam w Chrystusie? – zastanawia się.
Jak wobec tego nauczyć się wrażliwości? Wielu stwierdzi, że najszybciej przez świadectwo, które czerpiemy z domu rodzinnego czy od innych ludzi. A co, jeśli tego zabraknie? – Dzisiaj jesteśmy w Kościele bardzo daleko od tego, co zrobił papież Franciszek, który ucałował trędowatego – zauważa ks. Jacek Marciniec, kierownik Referatu Duszpasterstwa Chorych, Niepełnosprawnych i Uzależnionych Kurii Metropolitalnej w Częstochowie. Kapłan potwierdza, że wrażliwość to pytanie, „czy odkrywam w sobie własną biedę”, bo wtedy najłatwiej jest wzbudzić to uczucie. – To nie może być sztuczne, nie można się tego nauczyć podczas szkolenia czy instruktażu – zaznacza.
Niewątpliwie każdy człowiek posiada wrażliwość. Owszem, czasami jest ona zadeptana, dlatego też warto pielęgnować humanizm i spoglądać w stronę drugiego człowieka. Odrzućmy wszelkie filtry i uczmy się patrzeć, a własne doświadczenia i pokora na pewno w tym pomogą.
