Dwa żywe osiołki, Franciszek i Klara, pilnują betlejemskiej stajenki nie tylko w święta, ale cały czas. Dzieci, przed niedzielną Eucharystią, karmią je marchewkami. Obok kręci się karuzela, a w podziemiu pokamedulskiego kościoła można spróbować słodkości, posłuchać koncertów, obejrzeć spektakle.
Choć parafia bł. Edwarda Detkensa jest jedną z najmniejszych w archidiecezji, to do tutejszej świątyni przychodzą tłumy. Dorośli cenią sobie podniosłą atmosferę najświętszych elementów Eucharystii śpiewanych po łacinie. Mogą mieć też pewność, że dobra homilia przybliży ich do Boga. Każde święto jest hucznie obchodzone. To zasługa ks. prał. Wojciecha Drozdowicza. Wieloletni proboszcz, obecnie rezydent, nie lubi opowiadać o sobie, ale to on tchnął w to miejsce ducha radości.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Rozmowa, kawa i śliwki
Po niedzielnej Mszy św. do domku kapłana przychodzi kilkanaście, nieraz kilkadziesiąt osób. Goście zawsze zostaną poczęstowani kawą, suszonymi śliwkami, dobrym słowem i dobrymi opowieściami.
– Ksiądz musi umieć pić kawę, bo wszyscy piją kawę – uśmiecha się prałat. – Trzeba dotrzymywać towarzystwa. Podobno kawa jest zdrowa, a śliwki mają wspaniały wpływ na życie wewnętrzne – mówi pół żartem, pół serio.
Reklama
Kiedy jest ciepło goście gromadzą się przy stole w ogrodzie, w którym stoi figura Jezusa i rośnie kilkusetletnie drzewo oliwne. Gdy pada deszcz, ks. Wojciech zaprasza do maleńkiego domku kamedulskiego. Pełno w nim drobiazgów, które czynią to miejsce przytulnym: jest obraz Maryi, relikwiarz ks. Popiełuszki. Są też świece, a latem tulipany w wazonie.
– Zawsze się ukłonię Najświętszej Panience, kiedy przechodzę – zapewnia kapłan.
Na ścianie wisi wielka mapa Azji. Ks. Wojciech był misjonarzem na Syberii, pokazuje miejsca, w których gościł. Jednak przede wszystkim wspomina wspaniałych ludzi, którym posługiwał.
– Spędziłem tam piękny okres życia. 6 lat. Raz nawet przyjechał do mnie na miesiąc prymas Józef Glemp. Byłem jego ochroniarzem, tłumaczem i kucharzem. Potem ks. Prymas zaproponował, żebym wrócił i powierzył mi Las Bielański. Zostałem tutaj pierwszym proboszczem, bo wcześniej było tu seminarium. Ucieszyłem się, nie spodziewałem się, żeby mi dali zwyczajną parafię. Dali najmniejszą i najpiękniejszą. Podskoczyłem z radości.
Do parafii przychodzą miłośnicy lasu, ale i wielu aktorów, muzyków, reżyserów oraz studentów z pobliskiego UKSW.
– Zazwyczaj spaceruję tylko do linii tramwajowej i cofam się, dalej to obcy teren. Czasami zajrzę do rodziny, która mieszka niedaleko – zamyśla się ksiądz. – Gdy 3 razy wyjechałem przez te kilkanaście lat, nie mogłem wytrzymać bez mojego lasu. Znajomi podsumowali: „Zasada jest prosta, z raju się nie wyjeżdża”.
Reklama
Syberia to mniej znany epizod jego życia. Nie każdy również wie, że występował w kilku filmach jako... ksiądz, że ewangelizował młodzież na Przystanku Wooodstock i wspólnie z Ewą Błaszczyk założył fundację „Akogo”, ratującą osoby w śpiączce. Za to 40-latkowie dobrze pamiętają, że w telewizji był pierwszym prowadzącym program „Ziarno” i przeprowadził wspólnie z dziećmi wywiad z Janem Pawłem II.
– Trafiłem do telewizji na 4 lata, mimo że nie mam telewizora i jestem wielkim wrogiem telewizji – mówi.
Nie żartuje, że jest wrogiem telewizji. Jako młody wikariusz głosił dość niecodzienne homilie. W Łowiczu porąbał telewizor siekierą.
– To był późny stan wojenny, niektórzy uznawali to za walkę z władzą komunistyczną. Nic z tych rzeczy! Były wtedy dwa programy, to dziś nie do uwierzenia, kiedy programów są tysiące. Zawsze jednak kiepskiemu programowi towarzyszy nadzieja, że następny być może będzie ciekawszy. Ale to jest złudna nadzieja, lecz nikt nie ma siły, by ten czerwony guziczek nacisnąć i wyłączyć. Dziś świat wygląda kompletnie inaczej, młodzi nie oglądają tv, mają wszystko w maleńkim telefoniku. Oglądam o czołgach, samolotach, geopolityce, historii. Każdy ma swoje hobby.
Ksiądz docenia zalety internetu. Transmisję ze sprawowanej Mszy św. niedzielnej wrzuca na YouTube i Facebook. Cieszy się, że ogląda je całkiem sporo ludzi, którzy z powodu choroby nie mogą przyjść do kościoła.
Bożonarodzeniowe inspiracje
Ks. Wojciech lubi święta podobnie jak większość ludzi. Biało-złoty kościół na Bielanach z rozświetlonymi choinkami wygląda cudownie.
Reklama
– Wszyscy w domach mają choinki – mówi. – Ten niemiecki zwyczaj nawiązuje do raju, do drzewa życia. Boję się, że choinka w naszym świecie jest ozdabiana tak licznymi ozdobami, bombkami, prezentami, że już o drzewku nikt nie pamięta, tylko o prezentach. Wszystko to jest, oczywiście, piękne. Ja też się cieszę, jak coś dostanę. Jednak mój ulubiony moment jest wtedy, kiedy zapominamy o prezentach, igiełki opadają na ziemię, a choineczka ląduje na śmietniku. Wyobrażam sobie, że Pan Bóg chodzi po tych śmietnikach, wybiera te choineczki i wiedzie z nimi taniec miłosny. Dopiero ta choineczka mi pokazuje, że Pan Bóg kocha nie tylko bogatych, szczęśliwych, ale i tę obskubaną nieboraczkę. Wiele lat myślę o napisaniu o tym piosenki i szukam kompozytorów, żeby skomponowali utwór, w którym zatańczymy taniec Pana Boga z uschniętą choinką. Może ktoś z czytelników „Niedzieli” jest kompozytorem i taki utwór skomponuje? Gorąco o to apeluję.
Prałat nawet raz zorganizował na Pasterce podobną inscenizację. Choineczkę unosił balon meteorologiczny.
A skąd w Lesie Bielańskim wzięły się osiołki i szopka? Ponad 20 lat temu plastyk Józef Wilkoń postanowił zrobić dla dzieci i dla „Akogo” karuzelę. Napędzać ją miał osiołek. Dzieło powstało. Dzieci do dziś mogą kręcić się, siedząc na drewnianych zwierzakach. Cudo napędzane jest jednak siłą rąk tatusiów, a nie zwierząt.
– Dostaliśmy osiołka, ale specjaliści powiedzieli, że zaprzęganie go do karuzeli mogłoby być niebezpieczne, ktoś mógłby zaczepić o kierat – wyjaśnia ks. Wojciech. – Zostaliśmy z przepiękną karuzelą oraz z osiołkiem. Nie wiedziałem, co z nim zrobić. Miałem go sprzedać, ale mistrz Józef obiecał dorobić do osiołka szopkę. Przed kościołem po roku stanęła przepiękna szopka. Z tyłu za szopką jest mała polanka dla osiołka. Teraz są dwa osiołki, starszy to Franciszek, młodsza to Klara. Imię nadaliśmy na cześć św. Franciszka, który szopki wymyślił. Na szczęście wynalazku nie opatentował, więc wszyscy go naśladowali, ja i Józef Wilkoń także. Nasza szopka czynna 24 godziny na dobę. 6 grudnia włączamy w szopce światełka, a także cichutkie kolędy Mateusza Pospieszalskiego.
Najważniejsza rozmowa
Reklama
Dzieci pytają, dlaczego został księdzem. – Słabo się uczyłem – znów nie wiadomo, czy żartuje. Głos ma poważny, ale błysk w oku świadczy o poczuciu humoru. – Pomyślałem, że nie dostanę się na Polibudę. Przypomniałem sobie, że do seminarium nie ma egzaminów. Odbyłem rozmowę z moim ulubionym ks. Wiesiem. Wszyscy inni radzili, żeby najpierw skończyć studia. On poradził pójść do seminarium od razu. To była najważniejsza rozmowa w życiu. Złożyłem papiery, przyjęli mnie i do tej pory nie żałuję.
Mieszkańcy Warszawy też cieszą się z tej parafii i z obecności w niej ks. Drozdowicza. W czerwcu tego roku zdziwili się, że ich duszpasterz przeszedł na emeryturę. Patrząc na jego sposób bycia, energię i wesołe usposobienie, wszystkim wydaje się dużo młodszy.
Nadal mieszka w małym domku kamedulskim i odprawia większość Mszy św. Można go odwiedzić, napić się kawy i porozmawiać – czasami o Bogu, czasami o prozie życia, a czasami posłuchać żartów.
„Parafia w Lesie Bielańskim to takie serce naszej bielańskiej społeczności, które dalej bije mocno!” – napisał w internecie burmistrz Bielan, Grzegorz Pietruczuk. „Ksiądz Wojtek jest jedyny w swoim rodzaju i z Bielan go nie oddamy – skomentował pod postem burmistrza parafianin Michał, a parafianka, Ewa, dodała: – Wspaniały ksiądz, wielki człowiek...!
