Reklama

Wokół edukacji

Marzenia rewolucjonisty

Literatura wspomnieniowa przeżywa dziś w Polsce rozkwit. Cieszące się niesłabnącą popularnością wspomnienia z okresu ostatniej wojny, z czasów II Rzeczypospolitej, ale i z czasów wcześniejszych przynoszą bezcenne uzupełnienie mocno wątpliwej wiedzy historycznej, jaką wynieśliśmy z peerelowskich szkół i jakiej, nierzadko, nie potrafi nadrobić współczesna szkoła, niejednokrotnie spętana wymogami poprawności politycznej. W jednej z takich książek wspomnieniowych Andrzej Rostworowski - syn Tadeusza, znanego wileńskiego architekta, i Zofii z Oskierków - kreśli obraz swojej edukacji w słynnym Zakładzie Naukowo-Wychowawczym Ojców Jezuitów w Chyrowie. Była to jedna z wiodących wówczas szkół średnich, w której formowały się pokolenia polskiej inteligencji.

Niedziela Ogólnopolska 46/2003

Archiwum

Dziś szkoła w Polsce jest terenem eksperymentów, które godzą w dzieci i młodzież.

Dziś szkoła w Polsce jest terenem eksperymentów, które godzą w dzieci i młodzież.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Cóż może być bardziej konserwatywnego niż Galicja przed I wojną światową i prywatna męska szkoła zakonna, gdzie obowiązują surowe rygory, gdzie hołduje się tradycyjnym zasadom? Dla wielu współczesnych reformatorów oświaty hasła te symbolizują istotę zagrożenia, które wciąż czai się w, nie do końca zreformowanych, umysłach nauczycieli. Resztki konserwatyzmu, tj. racjonalności w podejściu do spraw wychowania i nauczania, spędzają im sen z oczu. Andrzej Rostworowski, zmarły w 1980 r. kapitan wojsk inżynieryjnych i ziemianin, opisuje swoją szkołę w Chyrowie jako miejsce najpiękniejszej przygody młodości. Już pierwszego dnia, gdy trafił do Zakładu, był tak zauroczony tym miejscem, pełnym znakomitych urządzeń sportowych i rekreacyjnych, że nie chciał ruszyć się z niego nawet po to, by zjeść pożegnalny obiad z matką w sąsiednim miasteczku. Chyrów to nie tylko wysoki poziom edukacji - nauczycielami byli m.in. profesorowie akademiccy - ale przede wszystkim ośrodek katolickiej kultury, kształcący i wychowujący ludzi pełnych osobistej godności, odpowiedzialnych, promieniujących na otoczenie szlachetnością, świadomych swoich powinności, wynikających ze statusu społecznego. Chyrów był także ośrodkiem myśli cywilizacyjnej - udogodnienia tam zainstalowane, całe zaplecze, infrastruktura szkoły, to wszystko oparte było na bardzo nowoczesnej, jak na owe czasy - a i dziś często nieprzedawnionej - myśli technicznej i na pomysłowości godnej Polaków. Zachwyca dziś zwłaszcza mądre rozłożenie proporcji między nauką i obowiązkami a rekreacją, rozrywką i sportem. Wszystkiego było w sam raz, a rozrywki były tak mądrze zaprojektowane, że mogą być wzorem dla niejednej dzisiejszej szkoły z ambicjami.
Tymczasem u nas pokutuje wciąż mit, że tego rodzaju „zakłady zamknięte” były miejscem rygoryzmu, który przekraczał siły młodej psychiki, a nauczyciele swoją oschłością i surowością zniechęcali i łamali charaktery - mit pielęgnowany w pokoleniach peerelowskich aparatczyków od socjalistycznego wychowania.
Oto w jaki sposób autor wspomnień opisuje kary w swojej szkole, kary, które istnieć musiały, bo - jak wiadomo - bez nich nie może być mowy o racjonalnym wychowaniu: „Niełatwą rzeczą było utrzymać dyscyplinę wśród pół tysiąca budrysów! Tu zaznaczyć muszę, że wbrew opowiadaniom, stosunkowo rzadko była stosowana tzw. trzcinka. Za moich czasów najwyżej dwa-trzy przypadki, a i to zawsze długo komentowane. Podług relacji jednego z nielicznych delikwentów (...) otrzymywało się wezwanie do księdza prefekta dyrektora generalnego. W gabinecie stał już stołek i leżała biała «trzcinka» - taka, jakiej potem najczęściej używali eleganccy oficerowie. Delikwent klękał i kładł korpus na stołek, a na pewną część ciała padały jeden, dwa, trzy ciosy”. O tym, że w szkole nikt przesadnie nie bał się kar i, przy koniecznej dyscyplinie, dominowała atmosfera radości, świadczyła niezliczona ilość żartów, jakie swoim profesorom wyrządzali „chyrowiacy”. Dobre żarty nie tylko nie były potępiane, ale wręcz przyjmowane z aplauzem. „Jeżeli «kawał» - pisze A. Rostworowski - nie miał cech złośliwości, a wykonany był artystycznie i ze znawstwem przedmiotu, specjalnych represji nie było, a za to dużo śmiechu”. Choć, na przykład, „fakt ponalewania miodu do butów wszystkich księży wychowawców śpiących razem w sypialni i unieruchomienie ich w ten sposób na pewien czas nie był przyjęty bezkrytycznie, jednak sprawca nie został zdemaskowany, a tylko dana klasa musiała solidarnie odkupić obuwie” (Andrzej Rostworowski, Ziemia, której już nie zobaczysz, Czytelnik 2001).
Taki obraz konserwatywnej szkoły, opartej na autorytecie wychowawcy i na stosunku mistrz- uczeń, szkoły pełnej radości, którą wspomina się przez całe życie ze wzruszeniem, jest zmorą prześladującą dziś jeszcze rewolucjonistów, którym marzy się całkowita anarchizacja stosunków w szkole, postawienie ucznia na tym samym poziomie, co nauczyciela, i wykreślenie raz na zawsze ze słownika pojęcia „autorytet”.
Wydarzenia w technikum toruńskim, szeroko opisywane przez media na początku tego roku szkolnego - uczniowie jednej z klas w brutalny sposób znęcali się nad swoim anglistą, nagrywając całe zajście na taśmę wideo - stały się dla czołowego polskiego socjalisty, Jacka Kuronia, pretekstem do rzucenia hasła: Podpalić szkołę. Co prawda, autor opatruje je znakiem zapytania, jednak z jego wywodu (Gazeta Wyborcza, 14 października) wynika, że szkoły stoją przed nieuchronnością dokonania w nich totalnej rewolucji, bowiem to, co wydarzyło się w Toruniu, jest logicznym następstwem „nienawiści” między uczniami i nauczycielami, jaka, jego zdaniem, wpisana jest w samą strukturę, a nawet - w naturę szkoły. „Gdy przeczytałem reportaż o incydencie w toruńskim technikum - pisze Kuroń - w pierwszej chwili pomyślałem: prawdę mówiąc, sytuacja nie pogorszyła się, lecz polepszyła. Wcześniej bowiem siła była po jednej stronie - nauczyciele bezwzględnie prześladowali uczniów, a teraz powstała pewna równowaga sił - prześladowani są jedni i drudzy”.
Czy można na serio posługiwać się taką demagogią? Swoje rozumowanie Jacek Kuroń opiera na dwóch tezach. Pierwsza głosi, że dokąd nauczyciel będzie nauczycielem, a nie „partnerem”, a nawet „pomocnikiem” ucznia „w tradycyjnym systemie klasowo-lekcyjnym”, dotąd będzie trwała bezwzględna walka między obu grupami przymusowo osadzonymi w obozie karnym, jakim dla jednych i drugich jest normalna - czyli mająca wiele z tradycyjnej - szkoła. Walka ta będzie przybierać coraz brutalniejsze formy, bowiem nienawiść między nauczycielami i uczniami jest immanentną cechą tego klasycznego systemu nauczania „Pamiętam grozę, jaką zawsze wywoływało polecenie: «daj dzienniczek»” - wspomina „przerażający” przykład owej bezapelacyjnej „wrogości” J. Kuroń. Poza tym, młodzież dzisiejsza już nigdy nie podporządkuje się żadnemu autorytetowi; autorytet oznacza dla niej nagą przemoc. To druga teza J. Kuronia: „Proces emancypacji młodych pokoleń, który rozpoczął się - przynajmniej w Europie i USA - we wczesnych latach 60., musiał doprowadzić do ostrego konfliktu z tradycyjną szkołą” - pisze.
Ten „proces emancypacji” to nader eufemistyczne określenie świadomego, zaplanowanego w najdrobniejszych szczegółach anarchistycznego buntu, który został wzniecony wśród młodzieży na Zachodzie przez komunistycznych agitatorów w latach 60. Bunt ten zaowocował rewoltą roku ’68, która przyniosła atak na instytucje kapitalistycznego państwa, ostoje ładu społecznego: uczelnie, szkoły, wojsko, policję, sądy, co kończyło się m.in. serią terrorystycznych zbrodni w Niemczech i we Włoszech, brutalnymi napaściami i falą przemocy we Francji. Kolejnym obiektem ataku ideologów lat 60., zwłaszcza ideologów maja ’68, była rodzina. „Wyemancypowana młodzież”, czyli ofiary siewców nihilizmu, zaczęła domagać się specjalnych przywilejów dla „wolnej miłości”, co zapoczątkowało lawinową degradację kultury (H. Marcuse wzywał do stworzenia „społeczeństwa wielopostaciowej perwersji”).
Dla ludzi pokroju Jacka Kuronia, człowieka, w którego sercu wciąż tli się nadzieja na podpalenie Europy płomieniem marksizmu, zaś młodzież jest dla niego ścisłą kategorią rewolucyjną - najlepszym, wypróbowanym materiałem na podpalaczy „starego ładu” - nadeszła najwyraźniej upragniona chwila, żeby uderzyć w wielki dzwon (imitujący wystrzał z „Aurory”). Tą chwilą były wydarzenia w toruńskim technikum. Uciśniona, prześladowana przez nauczycielstwo młodzieży wszystkich placówek oświatowych, łącz się! Dlatego, tak otwarcie, zupełnie bez żenady, Jacek Kuroń głosi swoje, pachnące dynamitem i zużytą ideologią, tezy.
Jest jednak i jasne światło w tym tunelu ciemności, jakim jest dla J. Kuronia polska szkoła, nie do końca, niestety, zreformowana w duchu roku 1968. Jest sposób, by bezkrwawo „nauczyciel przestał być kapralem, a uczniowie rekrutami”. Tym cudownym wynalazkiem jest metoda francuskiego pedagoga Celestyna Freineta. Metoda ta ostatecznie obala tradycyjny - czyli rzekomo rodzący nienawiść - system nauczania, w którym nauczyciel naucza, uczeń słucha i zdobywa wiedzę. Tutaj uczeń (bądź zespół uczniowski) sam wybiera sobie zadania, które chce zrealizować. Nauczyciel - jako pomocnik ucznia - dostarcza mu jedynie zestawu metod, jakimi może się posłużyć, kryteriów bądź pytań. „W tej sytuacji - pisze J. Kuroń - nauczyciel przestawał być wyrocznią i władzą”. Uff, co za ulga, przemoc już nie musi być jedyną formą obrony biednej „wyemancypowanej młodzieży”. Wzięli się za to socjaliści francuscy, odstawiając „naukowo” nauczyciela do kąta. „Dopóki bowiem nauczyciel będzie źródłem całej wiedzy i egzekutorem przyswojenia owej wiedzy przez ucznia, suwerenność dziecka wyrażać się będzie jedynie w buncie przeciw szkole”.
Sęk w tym, że znam dzieci ćwiczone według metody Freineta w jednej z podwarszawskich szkół. Jak skarżą się zdesperowani rodzice, przenosząc jedno za drugim do szkół pozbawionych ambicji, by „nauczyć bez nauczania”, dzieci te stały się agresywne z powodu totalnego chaosu, który zapanował w ich głowach po przejściu przez jeden ze szczebli edukacji zaplanowanej przez C. Freineta. Nie ma tu bowiem żadnych kryteriów, które służyłyby poznawaniu obiektywnej wiedzy o świecie, poznawaniu rzeczywistości w jakimkolwiek logicznym porządku. Są abstrakcyjne konstrukcje w programie i niezrozumiałe zachowanie nauczycieli. A poza tym między dziećmi, zmuszonymi przez program według C. Freineta do oceniania siebie nawzajem - nauczyciel tego robić nie może, to byłaby z jego strony „przemoc” - zapanowała wzajemna wręcz wrogość. Zmarnowany czas w szkole, zerwane więzi społeczne, wyalienowanie i strach przed szkołą - to efekty nauczania według tej metody.
Wielu ludzi zauważa z niepokojem, że szkoła jest dziś w Polsce terenem nieprzemyślanych eksperymentów, które godzą w dzieci i młodzież. Moim zdaniem, nie jest to prawda. Eksperymenty te są bardzo dobrze przemyślane. I to nie wczoraj. Od dawna ludzie, którzy wielbią socjalizm, głowili się, co zrobić, by nieudana rewolucja wreszcie okazała się udana. Żeby rodzina i szkoła przestały być bastionami tradycyjnych wartości, opartych na moralności i filozofii chrześcijańskiej. Peerelowska szkoła, mimo że komuniści zatrudnili w niej gromady ćwierćinteligentów, eliminując przedwojenną kadrę, nie stała się ostatecznie źródłem pożądanej edukacji, wyrastającej wprost z koncepcji marksistowskich. Owszem, szkoła ta często fałszowała historię, cenzurowała prawdę, ale wychowywać w rezultacie nie dawało się bez minimum poszanowania dla powszechnie uznanych wartości zawartych w Dekalogu. Chroniczni rewolucjoniści wyciągnęli z tego wnioski i przez kolejne reformy usiłowali - i czynią to nadal - skruszyć tę instytucję, wciąż opierającą się dzięki postawie niezniszczonych intelektualnie i niezwichniętych moralnie nauczycieli.
Swoją drogą - ciekawe, czy szeroko reklamowana w Gazecie Wyborczej - która opublikowała rewolucyjny manifest J. Kuronia Podpalić szkołę? - akcja pt. Szkoła z klasą, której oficjalnym celem jest wyłonienie najlepszych, najaktywniejszych polskich szkół, nie jest właśnie jedną z metod, by wprowadzić do szkół, nieoficjalnie, tylnymi drzwiami, stopniowo, anarchizujący w rodzaju programu C. Freineta system podważający jakikolwiek sens edukacji, ostatecznie rozprawiający się z nauczycielem jako autorytetem?
Nauczyciele są dziś w kiepskiej sytuacji materialnej i w niewesołej moralnej. Metodą pochlebstw, umizgów, reklamy można zdobyć niekiedy ich przychylność. Szkoły cierpią z powodu braku funduszów na biblioteki, na infrastrukturę. A tu, proszę: spotkania z prezydentem Kwaśniewskim, z aktorami, zaproszenia do Warszawy, obietnice wielkiego rozgłosu. Wszystko za darmo. Szkoła z klasą wydaje mi się umiejętnym wyważaniem drzwi, które dla „podpalaczy szkoły” powinny pozostać zamknięte.

PS
Według danych z roku 2000, jest w Polsce kilkuset nauczycieli, członków Polskiego Stowarzyszenia Animatorów Pedagogiki Celestyna Freineta. Stowarzyszenie organizuje w całym kraju nieodpłatne warsztaty. Finansuje je PHARE. Ich celem jest np. „propagowanie praw dziecka” i „budowanie demokracji w szkole”. W statucie Stowarzyszenia można przeczytać, że szkoła, do jakiej dążą, „opiera proces wychowania na dialogu, w którym głosy nauczycieli i uczniów są jednakowo ważne”. Dzieci same tworzą sobie roczny plan nauczania, wyznaczają sobie zadania. Podstawową formą ich ekspresji są referaty, jakie wygłaszają w grupie rówieśników - także w najmłodszej grupie objętej edukacją freinetowską: 3-6-latków.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2003-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Mnożyć obowiązki cudze, zwalniać własne bark

[ TEMATY ]

Ks. Krzysztof Młotek

Glossa Marginalia

Adobe Stock

„Jeśli pozwolicie się prowadzić duchowi, nie będziecie podlegać Prawu”. Paweł domyka list przeciwstawieniem dwóch sposobów istnienia całego człowieka, dalekim od dualizmu duszy i materii. „Ciało” (sarx) to człowiek zamknięty w sobie, „duch” to człowiek otwarty na Ducha. Katalog „uczynków ciała” jest jawny, mówi Apostoł, i wylicza piętnaście pozycji. Od nierządu i bałwochwalstwa przez nienawiść, spory, zawiść, gniewy, niewłaściwą pogoń za zaszczytami, niezgodę i rozłamy po pijaństwo i hulanki. Warto zauważyć, że większość listy to grzechy przeciw wspólnocie. „Ciało” niszczy przede wszystkim więzi. Sankcja jest wypowiedziana językiem dziedziczenia: „ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą”. Po stronie przeciwnej Paweł mówi o owocu, w liczbie pojedynczej, zamiast katalogu „uczynków ducha”: „owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie”. Uczynki się robi, owoc rośnie. Dziewięć wymienionych dóbr tworzy jeden organizm życia, którego korzeniem jest miłość. Wulgata w tym miejscu ma listę rozszerzoną do dwunastu owoców i stąd katechizmowa tradycja dwunastu owoców Ducha Świętego. Sama różnica liczb jest pouczająca. Owocowanie łaski nie daje się domknąć w inwentarzu. „Przeciw takim cnotom nie ma Prawa”. To zdanie ma w sobie dyskretny uśmiech. Żaden kodeks nie ściga miłości ani nie penalizuje pokoju. Kto żyje owocem Ducha, ten wypełnia cel Prawa ponad jego literę (zob. glossę na 6 IX, plenitudo legis dilectio). Warunek jest jeden i Paweł stawia go w formie paschalnej: „ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami”. Owoc rośnie na drzewie krzyża. Nie ma dziewięciu słodyczy bez jednego ukrzyżowania. „Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy”. Grecki czasownik znaczy dosłownie iść w szeregu za Duchem, jak żołnierze za znakiem. Życie duchowe jest marszem.
CZYTAJ DALEJ

Leon XIV spokojnie spędził noc w Poliklinice Gemelli

2026-10-14 08:50

[ TEMATY ]

Leon XIV

Vatican Media

Pierwsza noc Papieża w rzymskiej Poliklinice Gemelli przebiegła spokojnie - poinformowało Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej na swoim kanale w Telegramie. Kolejne informacje dotyczące stanu zdrowia Ojca Świętego mają zostać przekazane w dalszej części dnia.

„Noc Papieża przebiegła spokojnie. Dalsze informacje zostaną przekazane w ciągu dnia” – poinformowało w środę rano Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej na swoim kanale w Telegramie.
CZYTAJ DALEJ

Suwerennie albo zgodnie z planem Bachmanna

2026-10-14 17:47

[ TEMATY ]

Samuel Pereira

Materiały własne autora

Samuel Pereira

Samuel Pereira

W sporze o Trybunał Konstytucyjny nie chodzi tylko o sam jego skład i kto jest legalnym sędzią, a kto nie. W grę wchodzi coś dużo bardziej poważnego: czy jako Polacy pilnować będziemy, by spory w kraju rozwiązywały odpowiednie instytucje państwa polskiego i po prostu my sami ze sobą, czy będziemy w klimacie okołorozbiorowym — szukać rozkazów i „rozwiązań” zagranicą.

Gdy Donald Tusk dochodził do władzy, Klaus Bachmann napisał: „Nad Wisłą rozpoczyna się dość unikalny na skalę światową eksperyment, który może być nauką dla wielu innych krajów: demokratycznie wybrana koalicja partii demokratycznych próbuje uczynić kraj ponownie demokratycznym przy użyciu metod niedemokratycznych.” Ten eksperyment trwa. Jego istotą jest przekonanie, że cel — „przywrócenie praworządności” — usprawiedliwia środki, które w innych okolicznościach same byłyby uznane za naruszenie zasad państwa prawa. W tym schemacie opinie organów doradczych, selektywne raporty i milczenie wobec jednych działań przy głośnym potępianiu innych stają się narzędziami, a nie neutralnymi standardami.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję