Reklama

Bas nad basy

Niedziela Ogólnopolska 31/2012, str. 12-13

Dominik Różański

Bernard Ładysz z żoną Leokadią Rymkiewicz-Ładysz, śpiewaczką sopranistką

Bernard Ładysz z żoną Leokadią Rymkiewicz-Ładysz, śpiewaczką sopranistką

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

ALICJA DOŁOWSKA: - Czy ten wspaniały głos odziedziczył pan po kimś z rodziny?

Reklama

BERNARD ŁADYSZ: - Tego nie wiem. Pamiętam jednak, że zarówno ojciec, jak i matka mieli nadzwyczaj piękne głosy. Matka - sopran. Ojciec śpiewał tenorem. Byliśmy bardzo biedną rodziną. Oni nie mieli czasu ani warunków, by szkolić głosy. Wspólnie z matką, ojcem, braćmi, wujem i ciotkami występowaliśmy w chórze „Hasło”, prowadzonym przez prof. Jana Żebrowskiego w wileńskim kościele Ojców Bernardynów. Brat śpiewał basem, wuj natomiast śpiewał w chórze basem partie solowe. W 1935 r. nasz chór zdobył na konkursie w Warszawie pierwsze miejsce ex aequo ze stołecznym chórem „Harfa”. Musieliśmy być naprawdę dobrzy, skoro „Hasło” postawiono na równi z „Harfą” - najlepszym chórem w Europie.
W Wilnie istniał wtedy jeszcze drugi świetny chór - „Echo”. Chór Żebrowskiego skupiał środowisko rzemieślnicze: krawców, szewców, piekarzy. „Echo” nazywaliśmy chórem pańskim, bo w nim śpiewali dyrektorowie, szeroko pojęta inteligencja. Ale to nasz był lepszy. Miał piękne brzmienie. Utwory śpiewało się szczerze, każdy starał się pokazać najpełniej swoje wokalne możliwości. Dzisiaj chóry śpiewają tak sobie. Nie przykładają wagi nawet do prawidłowej artykulacji samogłosek, co w brzmieniu pieśni jest ogromnie ważne. Drażni mnie np., że śpiewają płaskie „a”, podczas gdy wykształceni śpiewacy śpiewają „a” okrągłe. To jest kwestia pokazania śpiewającej młodzieży, że nie tylko głos, ale również artykulacja głosek czy całych wyrazów jest w śpiewie szalenie ważna. Dopiero opanowanie tej umiejętności sprawi, że dźwięk zabrzmi bardzo ładnie. Nikt ich tego nie uczy.

- Piszą o Panu - bas. Ale brzmienie Pana głosu określają również jako bas baryton. Jak Pan sam nazwie skalę swego głosu?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

- Bas baryton. Podczas śpiewu mogę głos obniżać. W brzmieniu mego głosu jest trochę jednej i drugiej tonacji. Głos to dar od Boga. Albo się go ma, albo nie. Ale z głosem jest jak z nieoszlifowanym diamentem: żeby zabłysnął pełnym blaskiem, trzeba go oszlifować. Kunszt osiąga się poprzez doskonalenie warsztatu i techniki.

- Jak to jest być najwspanialszym polskim basem? Czy brak konkurencji nie sprawia, że człowiek czasami spuszcza z tonu? Czy też opinia, że ktoś jest najlepszy, każe trzymać poprzeczkę wysoko, żeby nie zawieść?

Reklama

- Nie kalkulowałem. Po prostu śpiewałem zawsze szczerze, z sercem. I nigdy nie markowałem. Zdarzały się, oczywiście, kiksy, ale to normalne. Do dziś żyję rolą Borysa Godunowa. Ta opera Musorgskiego zapadła we mnie głęboko. Podążając fraza za frazą - widać, ile jest tam głębi. Kompozytor, choć na portrecie Riepina może dziś przypominać bandytę, był genialny. W prowadzeniu myśli i głosów - mistrzowski. Może tylko szkoda, że „ruski”. Bardzo żałuję, że tego dzieła nie napisał Moniuszko. Nazwano mnie rusofilem, ale rusofilem nie jestem. Lubię muzykę rosyjską, bo taka jest moja natura: szeroka i otwarta. Nie mogę śpiewać np. Mozarta, bo jest dla mnie zbyt zamknięty w surowych rygorach. W muzyce Czajkowskiego, Musorgskiego, Rachmaninowa łapię oddech. To dopiero jest śpiewanie! Rosjanie i Włosi tworzyli muzykę dla basu, a polscy kompozytorzy - nie. Śpiewając, cały czas myślałem o roli. Zastanawiałem się na scenie: Po co ja kogoś o coś w tej operze pytam. O co mi chodzi.

- Myślenia o roli ktoś jednak Pana uczył.

- Wracam do tego, o czym mówiłem. Chóry, chóry i jeszcze raz chóry. Chórem trzeba żyć. Z chórem trzeba śpiewać. Muzykę należy przeżywać, bo to są emocje. Chóry rozwijają. Szkoda, że się tego nie docenia. Ale dziś nie kształcimy wrażliwości. Składa się na nią także poezja, literatura, malarstwo. Dożyliśmy czasów, gdy nawet maszyna może zrobić muzykę. Ale prawdziwego śpiewania „na żywo” nie zastąpisz, tego smaku i brzmienia...

- Ale też u Was w rodzinie istniała tradycja śpiewania domowego. W ogóle na Kresach śpiewało się w domu chętnie i często...

Reklama

- O tak! U Ładyszów śpiewało się nie tylko z okazji imienin, świąt czy uroczystości rodzinnych. Śpiewało się, ot, po prostu - w chwilach wolnych i wieczorami. Gdy człowiekowi od smutku rozdzierała się dusza i gdy było radośnie. Wszyscy w rodzinie śpiewali. A że mieli piękne głosy, to aż sąsiedzi schodzili się posłuchać.
W chórach śpiewaliśmy ze słuchu, mówiło się, że „z ucha”, bo przecież nikt nie znał nut, żeby rozeznać tony i zrozumieć, jak są rozpisane głosy. Ale gdy chórzysta miał dwie, trzy oktawy, zawsze mieścił się w wyznaczonej tonacji. A dzisiaj, co? Zastanawiam się, dlaczego w polskich kościołach w repertuarze chórów nie ma Moniuszki. Tego wielkiego polskiego kompozytora. Jest autorem pięknego utworu „Oto drzewo krzyża”. Nie ma też bardzo starej pieśni „Ludu, mój ludu”. Tego chóry na ogół dzisiaj nie wykonują, choć są to przecież skarby polskiej kultury. A jeśli śpiewają, to okazjonalnie.

- Po wygraniu konkursu śpiewaczego w Vercelli otwierała się przed Panem światowa kariera. Ale Pan, owszem, śpiewał w mediolańskiej La Scali razem z Marią Callas w „Łucji z Lammermoor”, nagrał arie operowe dla Columbii, występował nawet w Chinach, ale nie czmychnął za granicę na stałe.

- Wciąż myślałem o Warszawie. Nigdy nie zapomnę, jak Warszawa nas przyjęła, gdy przyjechaliśmy z obozu w Kałudze w 1947 r. W łagrze pracowaliśmy przy wyrębie lasu. Było ciężko. Po wojnie też, bo Wilno nie było już po polskiej stronie. Zakochałem się w Warszawie, gdy wróciliśmy z Rosji. Wjechaliśmy do miasta gruzów. I ono nas przyjęło, bo byliśmy partyzantami i wróciliśmy stamtąd. Ta biedna Warszawa oddała nam serce. Oddała 20-metrowy pokój dwudziestu osobom, chociaż miejsca było tylko dla czterech. Pamiętam: siedzieliśmy w kawiarni „Maxim” i gdy zaczęliśmy śpiewać, ludzie płakali. Płakaliśmy wspólnie nad polskim losem. Dlatego kocham Warszawę.

- Kocha Pan też Wilno.

Reklama

- Tęsknię za Wilnem. Za Matką Boską Ostrobramską. To świat mego dzieciństwa, wczesnej młodości. Nikt mi go nie zabierze. Byliśmy kilka lat temu z żoną, która też jest wilnianką, na występach w Domu Polskim w Wilnie. Przeżyliśmy wspaniałe chwile wzruszenia. Odsłoniliśmy pamiątkową tablicę, którą Polacy chcieli mnie uhonorować. Miała zawisnąć na murze domu, w którym mieszkałem na Zarzeczu. Jednak wskutek protestów Litwinów dotąd tablicy nie udało się tam zamontować. Oni najchętniej wyrugowaliby wszelkie ślady polskości. A przecież przez tyle wieków tworzyliśmy wspólną historię i kulturę.

- Nie żałuje Pan rezygnacji z międzynarodowej kariery?

- Pewnie ówczesne polskie władze by do niej nie dopuściły. Ale ja na obczyźnie bym usechł. Nie mógłbym rozmawiać po polsku. Jestem Polakiem.

- Czy z ręką na sercu może Pan powiedzieć, że realizował się Pan w pełni w krajowych warunkach?

- Nie. Dużo rzeczy nie zaśpiewałem, do wielu miejsc nie pojechałem. Zablokowano np. moje tournée po zwycięstwie w Vercelli. Wszystko przez środowiskową zawiść. Kiedy patrzę na całe swoje śpiewanie, widzę, że ktoś mi cały czas przeszkadzał. Mówiono: Pięknie śpiewasz. I - do widzenia. Dzisiaj o wielu sprawach wreszcie wiem. Układają się w ciąg przyczynowo-skutkowy. Gdy miałem przez Pagart (instytucję wysyłającą polskich artystów za granicę) wyjechać na koncerty do Izraela, dokąd trzykrotnie mnie zapraszano - i ludzie tam na mnie czekali - zawsze wprowadzano zapraszających w błąd, że albo jestem chory, albo wyjechałem na koncerty, albo przygotowuję coś w kraju i jestem zajęty. Wyglądało na to, że ja te środowiska lekceważę, podczas gdy o zaproszeniach nie miałem zielonego pojęcia. Śpiewałem w ONZ - niemal w ogóle o tym nie pisano. A przecież to był zaszczyt.

- Uważa Pan, że na miarę takiego talentu można było osiągnąć więcej?

Reklama

- Z różnych przyczyn na pewno nie. To był przecież bardzo trudny okres polityczny, gdy układy, donosy i anonimy ważyły na karierach. Mój talent i głos nie były w smak niektórym osobom i środowiskom. Tym bardziej że nie należałem do pokornych.

- Ale kochała Pana polska publiczność.

- I to było dla mnie najważniejsze.

* * *

Bernard Ładysz

Największy polski bas od czasów Adama Didura 24 lipca 2012 r. kończy 90 lat! Urodzony w Wilnie w 1922 r., miał 17 lat, kiedy wybuchła wojna. Był żołnierzem AK. Zesłany do obozu w Kałudze na Syberii, wrócił do kraju w 1947 r. Chciał być malarzem, został śpiewakiem. Pierwsze sukcesy zaczął odnosić jako solista Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. W 1951 r. kończy studia muzyczne, zostaje zaangażowany do Teatru Wielkiego i na scenie Opery Narodowej śpiewa przez 29 lat. W 1956 r. w konkursie śpiewaczym w Vercelli zdobywa najwyższe wyróżnienie - III primo premio assoluto. W mediolańskiej La Scali śpiewa z Marią Callas. W 1959 r. w Londynie nagrywa z Callas operę „Łucja z Lammermoor” Donizettiego dla wytwórni Columbia. Jako pierwszy polski śpiewak nagrywa dla Columbii indywidualną płytę z ariami operowymi. Występuje na całym świecie. Śpiewa z największymi: oprócz Marii Callas, m.in. z jej słynną rywalką Renatą Tebaldi, a w Operze Wiedeńskiej z Elizabeth Schwarzkopf. W Warszawie robi furorę w kreacjach Mefista w „Fauście” Charles’a Gounoda i jako odtwórca tytułowej roli w „Borysie Godunowie” Modesta Musorgskiego. Do legendy przeszła też jego aria Skułoby w „Strasznym dworze” Stanisława Moniuszki. Brał udział w prawykonaniach utworów Krzysztofa Pendereckiego, m.in. „Pasji wg św. Łukasza”, „Jutrzni”, a także opery „Diabły z Loudun”. Był znakomitym odtwórcą partii Tewjego w musicalu „Skrzypek na dachu”. W 2008 r. otrzymuje doktorat „honoris causa” Akademii Muzycznej w Warszawie. Ostatnią płytą, jaką wydał, jest zbiór pieśni patriotycznych „A to Polska właśnie”. Ładysz uważa, że wstyd nie być patriotą. Jest obrońcą Telewizji Trwam i pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej. Na kolejne miesięcznice tragedii smoleńskiej chodzi już jednak w imieniu ich dwojga jego żona - sopranistka Leokadia Rymkiewicz-Ładysz. Oboje również wytrwale uczestniczą w rozprawach sądowych w procesie, który Adam Michnik wytoczył Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. Bernard Ładysz ma dwóch synów - Zbigniewa i Aleksandra. Obaj śpiewają. Pierwszy - barytonem, drugi - basem. Czcigodnemu Jubilatowi życzymy długich lat życia w zdrowiu i by oczarował nas swoim głosem jeszcze nie raz.

2012-12-31 00:00

Ocena: +1 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Nowenna do św. Jana Pawła II

[ TEMATY ]

św. Jan Paweł II

Episkopat Flickr

22 października będziemy wspominać w Kościele postać wielkiego Polaka - świętego papieża Jana Pawła II. Zapraszamy do odmawiania razem z nami nowenny przed wspomnieniem św. Jana Pawła II.

Nowennę odmawiamy między 13 a 21 października.
CZYTAJ DALEJ

Bp Lityński do kleryków: Wzrastajcie, pomimo przeszkód – łaski Pana wam nie zabraknie!

2026-10-13 17:48

[ TEMATY ]

inauguracja roku akademickeigo

Wyższe Seminarium Duchowne w Gorzowie Wlkp.

Karolina Krasowska

Na pierwszym roku formację do kapłaństwa podejmuje 6 kleryków

Na pierwszym roku formację do kapłaństwa podejmuje 6 kleryków

W Wyższym Seminarium Duchownym w Gorzowie Wlkp. 13 października odbyła się uroczysta inauguracja roku akademickiego. Na pierwszym roku formację do kapłaństwa podejmuje 6 kleryków.

Tegoroczna inauguracja odbyła się po raz 80. w historii Zielonogórsko-Gorzowskiego Wyższego Seminarium Duchownego. Rozpoczęła się w seminaryjnej kaplicy od Mszy św., której przewodniczył bp Tadeusz Lityński. Homilię wygłosił bp Adrian Put, który podkreślił, że decyzja o kapłaństwie musi dokonać się w wolności kandydata. - 6 lat tego czasu tutaj jest po to, żeby dojrzeć do tej wolności, którą przynosi nam Ewangelia. "Czy chcesz?" Nie czy będziesz dobry księdzem, nie czy będziesz duże grupy prowadził formacyjne, nie czy będziesz piękne kościoły budował albo świetne grupy Caritas prowadził. Na początku będzie ciebie biskup pytał: "czy chcesz?", "czy jest w tobie tyle wolności, która płynie z Ewangelii, aby podjąć się tego zadania?" – mówił bp Adrian Put. - Wiecie, że czasami są bracia, którzy z różnych powodów mówią: "A jednak nie". To ja dzisiaj was proszę i dzisiaj do was kieruję to słowo. To zanim będziesz odpowiadał biskupowi w katedrze i będziesz słyszał ten głos pełen ufności, wiary, nadziei, ale i trochę lęku, to dojrzyj do tego, żeby odpowiadać w wolności: "tak, chcę". Bo dzisiaj nikt ci nie zagwarantuje, co będziesz robił – kontynuował biskup. - Z biskupem diecezjalnym mamy takie doświadczenia, jak jeździmy po wizytacji szczególnie w tym okresie albo w okresie zimowym, ilu naszych braci w tym okresie tak naprawdę stać tylko na to, żeby ogrzać sypialnię i trochę łazienki, ale są wśród tych ludzi. Ilu naszych braci zmaga się z wieloma remontami, różnymi trudnościami, ale są, bo odpowiedzieli sobie na pytanie, dlaczego chcę, jaka jest moja wolność. Są takie wioski ciągle na naszym terenie, gdzie państwa polskiego już dawno nie ma. Nie ma policji, nie ma szkoły, nie ma poczty, nie ma nawet przystanku autobusowego, ale jest kościół, do którego systematycznie przyjeżdża ksiądz. Tam nawet młodych już nie ma, ale przyjeżdża ksiądz, który głosi Ewangelię Bożą i ile razy było słychać, że tylko ksiądz nam tutaj został – zauważył bp Put. - Więc ja wam nie zagwarantuje, biskup diecezjalny wam nie zagwarantuje tego czy będziecie pracowali na wielkiej parafii i mieli sukcesy, czy będziecie na małej wspólnocie parafialnej, gdzie trzeba będzie troszkę walczyć też o byt. Niczego wam zagwarantować nie możemy poza Ewangelią Jezusa Chrystusa i poza wolnością, do której wzywa nas Chrystus. Więc bardzo pokornie was proszę, abyście ten czas seminaryjny wykorzystali na to, aby dojrzeć w wolności do odpowiedzi na pytanie: "czy chcesz?". Nikt ciebie do święceń nie będzie popychał. To musi być twoja i tylko wyłącznie twoja wolna wola. Chcę, bo wiem, że skoro chcę, to Pan ma dla mnie jakiś plan. I czy będę tam, czy będę gdzie indziej. Czy będę w takiej wspólnocie, czy innej, czy będę miał takie zadanie czy inne, to będzie to moje miejsce zbawienia w wolności – podkreślił biskup.
CZYTAJ DALEJ

Pożegnano 415 dzieci martwo urodzonych

2026-10-14 22:47

Archiwum organizatorów

– Jeśli uświadomicie sobie, że wasze ukochane dziecko jest w niebie, że ono teraz modli się razem z wami i za was, będzie wam łatwiej przejść przez tę rozłąkę i cierpienie – powiedział ks. dr Janusz Kościelniak.

W krakowskich Podgórkach Tynieckich odbył się pogrzeb dzieci martwo urodzonych. Ceremonia, podczas której pożegnano 415 dzieci, miała miejsce 13 października 2026 roku.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję